Kariera – Never give up Cz. 2 – piłka kopana

O muzycznych poczynaniach bez większego zaangażowania, a co za tym idzie bez sukcesu już było. Tragedia wielka z tegoż powodu się nie wydarzyła. Ale było coś więcej. Tym razem będzie o niespełnionym wielkim marzeniu i obietnicy, której nie miałem szans zrealizować

Wszystko rozpoczęło się na długo przed tym jak mój ojciec poznał moją mamę. Dziadek mój Zygmunt, był w powojennej ekipie mojego miasteczka, która powołała do życia klub sportowy czytaj piłkarski. To właśnie zaangażowanie mojego dziadka w narodziny Opolanki miało spory wpływ na to,co później się wydarzyło. Dziadkowi zdążyłemobiecać, że będę grał w Juventusie Turyn i będę mu przysyłał dolary.To oczywiście się nie wydarzyło,dziadek chyba rozumiał jak ciężka czekałaby mnie praca. W tym klubie swój epizod miał także mój tato, więc sami wiecie, że tak to się musiało skończyć. A właściwie zacząć.

W wieku lat 10-ciu, gdy moja rodzina przeprowadziła się z małomiejskiego mieszkanka na piętrze z kaflowymi piecami, do własnego domku na wsi (jakiś 1 km od centrum tegoż miasteczka), stałem się dla moich kolegów wieśniakiem. Wtedy poszedłem na swoje pierwszy PRAWDZIWy treningi w klubie MZKS Opolanka Opole Lubelskie.

Szybko okazało się, że nie imponuję warunkami fizycznymi, ani też jakimikolwiek umiejętnościami technicznymi. Na ratunek po raz kolejny przyszła szybkość. Dzięki tej szybkości znaleziono mi miejscówkę na prawym skrzydle i z numerem Włodka Smolarka uprawiałem moją ukochana dyscyplinę aż do 16-tego roku życia. Przez ten okres bawiłem się setnie, biegałem po boiskach prawie całej Lubelszczyzny. Trenerzy mimo swojego zaangażowania, nic nie poradzili na mój wrodzony brak talentu piłkarskiego, co nie przeszkadzało mi strzelić kilka tuzinów bramek. Do bilansu – należy dodać jeszcze straty, czy kilkanaście otarć, zwichnięcia czy skręcenia stawów skokowych oraz gips – sztuk jeden.

Czas płynął miło: od wyjazdu do wyjazdu. Tych było sporo, ponieważ miejscowe boisko przechodziło gruntowny remont, więc wszystkie mecze jako gospodarze rozgrywaliśmy albo w Bełżycach, albo w Józefowie nad Wisłą. Życie pisze różne historie, więc zdradzę tylko, że do Bełżyc i do Józefowa nad Wisłą, wrócę jeszcze podczas swojej przygody z piłką nożną.

Lekcja pokory nr. 1 – nie ma tu dla Ciebie miejsca

Wiek dziecięcy się kończy, rozpoczyna się okres dorosłości. Świat już nie jest taki prosty. Zaraz po maturze zupełnie nie wiem, co mam ze sobą począć. Roboty w miasteczku nie ma. „Pomocną dłoń” wyciąga do mnie Wojskowa Komisja Uzupełnień w Kraśniku i ląduję w Jednostce Wojskowej nr 2474 w Białobrzegach. Jestem tam półtorej – miesiąca.
Przez ten okres dostaje listy od mojej młodszej siostry, która bardzo szczegółowo relacjonuje mi wyczyny moich klubowych kolegów, którzy już wtedy awansowali do czwartej ligi lubelsko-radomskiej…dziś byłaby to III liga. Listy te czytam kilkakrotnie, widzę te bramki i tę radość kibiców. Po powrocie z wojska pierwsze kroki kieruję na trening swojego macierzystego klubu. Trener bez ogródek informuje mnie na forum drużyny, że nie mam tam czego szukać. Wracałem do domu upokorzony, załamany, wściekły, zły… łzy stanęły mi w oczach. Wtedy postanowiłem udowodnienić sobie i innym, że skreślenie mnie było błędem „Nu, Zajec! Nu pagadi!”.

Nadchodzi czas zmian barw klubowych. Wracam na boisko w Józefowie nad Wisłą, tym razem jako zawodnik KS Wisły Józefów. Szybko numer 11 zmieniłem na 4, i z ataku ląduje na pozycji ostatniego stopera. Szybkość jest atutem. Na tym szczeblu wyszkolenie techniczne można określić na 4+… Cóż..”wśród ślepych, jednooki królem”. Najważniejsze, że ląduję we wspaniałej ekipie i poznaję wspaniałych ludzi, atmosfera jest świetna. Z sukcesem walczymy o awans z klasy A do Ligi wojewódzkiej. Jest sukces. Spędzam tam 2 lata, które wspominam zawsze z ogromna radością, ponieważ to był bardzo ważny okres mojego życia, nie tylko piłka kopana. Przez te dwa lata, wśród tych ludzi dowiedziałem się więcej o sobie i o tym co mam zrobić, aby nadal czerpać radość z biegania po boisku. Idzie mi nieźle.

 

Tymczasem w moim rodzimym klubie, zmienia się trener. Ktoś mu donosi, że jest kilku chłopaków z Opola w Józefowie, że może warto się przyjrzeć… Razem z młodszym kolegą ląduję po dwóch latach znowu na treningu w Opolu. zapewne nietrudno się domyśleć, że nie jestem pierwszym wyborem trenera, który uczciwie stawia sprawę i mówi mi o moim miejscu w hierarchii zapotrzebowań transferowych. Nie jest dobrze, więc mobilizuję się podwójnie. Ostatecznie zostaję ja. Kolegi już nie ma. Moje kwity i sprawy ponownej rejestracji, przedłużają się. Kwity przychodzą dopiero w 3 lub 4 kolejce. Przyjeżdża Radomiak Radom, jeszcze jakiś czas temu 1 liga, siedzę z szatni, „głęboka ława”, w zasadzie to nawet „obsługa transportera”…ale za kilka sekund zmienia się wszystko. trener wyczytuje mnie w pierwszym składzie. Tym razem ląduję na lewym skrzydle. Szumi mi w głowie, adrenalina i strach. Dostałem swoje 45 minut i na tej adrenalinie biegałem od szesnastki do szesnastki. W bieganiu byłem dobry, jak policzył mi mój kolega „Bączek” miałem …11 kontaktów z piłką ;-).

Lekcja pokory nr 2 i wyciąganie z tych lekcji wniosków

Przygoda z czwarta ligą nie trwa długo, spadamy z ligi po dwóch latach, wraca „stary trener” i po raz kolejny dostaję „wolną rękę”. Wcześniej jednak rozpoczynam treningi w sekcji piłki nożnej UMSC Lublin. Tam dowiaduję się że halowa piłka nożna zwana futsalem to coś zupełnie innego niż to co znałem z powiatowych parkietów. Okazuje się, że muszę się w zasadzie wszystkiego uczyć się od nowa, ta lekcja jest bolesną dla mojego ego, toż przychodzę na sekcję jako 4-ligowiec…grajek. Nikogo to jednak nie interesuje i szybko pokazują mi miejsce w szeregu. Parkiet weryfikuje wszystko. Nie pozostaje nic innego niż pracować więcej niż inni, bardziej utalentowani i uzdolnieni piłkarsko koledzy. Pracuję więc ciężko. Niestety przychodzi kolejna lekcja pokory… nie jadę na mistrzostwa do Poznania, to boli (ostatecznie do Poznania jednak docieram na stałe z moją ukochaną, gdzie żyjemy, wychowujemy dzieci i skąd do Was piszę te słowa). Duma jest urażona, ale trzeba z tym jakoś żyć. Po raz kolejny robię wszystko, aby nadrobić brak umiejętności i pracuję więcej. Na 4 roku jako najstarszy zawodnik sekcji zostaję kapitanem reprezentacji AZS UMCS Lublin. Zdobywamy z ekipą dwa Mistrzostwa Polski, wygrywamy międzynarodowy turniej studencki w Eidhoven. Jednak marzenia się spełniają, chociaż ich część. Spełniają się przede wszystkim dzięki moim kolegom z drużyny. W zasadzie dzięki nim mogę dziś z dumą wspominać to, że ja “chłopak z małej wioski obok niewielkiego miasta” jestem podwójnym studenckim Mistrzem Polski w futsalu.

W sekcji trenerem jest słynny „Buba” Tomasz Bielecki, 100%-wy pasjonat. To on uczy mnie, że nigdy nie można się poddawać. Te lekcje bywają bolesne, ale prowadzą do celu. Jest też trenerem BKS Lublin, który w tamtym okresie awansuje do IV-ligi. Zrzucam 10 kg i już dostaję angaż w niesamowitej ekipie BKS Lublin. Tam spełniam kilka ze swoich „mniejszych” marzeń. Występuję na stadionie przy Alejach Zygmuntowskich 5, co prawda nie w barwach lubelskiego Motoru, na którego mecze na najwyższym szczeblu rozgrywek jako dzieciak jeździłem i marzyłem o występie, ale przeciw ekipie w koziego grodu. Nawet doczekałem się “podziękowań” ze strony kibiców Motoru, ale pozwolę sobie, ze względu na zawarte w nich wulgaryzmy, nie cytować.

 

W ekipie BeKSy przeżywa jedną z najdziwniejszych moich piłkarskich przygód. W 1 minucie meczu rozgrywanego na boisku Podlasia Biała Podlaska, nasz bramkarz otrzymuje kartkę czerwoną. Niestety, przyjechaliśmy bez…rezerwowego bramkarza. W kilka chwil mam na sobie strój bramkarski. Swoją drogą musiałem wyglądać dość interesująco, mają na sobie strój większy o dwa rozmiary. Chłopaki na boisku nie tylko niwelują przewagę jednego zawodnika, ale dyktują warunki. Znam ich i zupełnie mnie to nie dziwi, to przecież prawdziwi wojownicy z Balladyny! O moich bramkarskich “wyczynach” napisało nawet Słowo Podlasia. Najpierw: na bramce stanął zawodnik, który nie miał większego pojęcia o łapaniu piłki”. Potem było już znacznie lepiej: “w 20 minucie w sytuacji sam na sam znalazł się (tu pada nazwisko aktualnej gwiazdy w ekipie z Białej Podlaskiej, którego nie pomnę), ale piłkę na róg fantastycznie sparował #zwariatatata”. Zaliczamy udany sezon, ale brak kasy i własnego boiska kończy się fuzją z Unią Bełżyce. Tym oto sposobem wracam do Bełżyc na kilka lat jako zawodnik BKS Unia Bełżyce.

Tam spędzam kolejne sezony, jest uratowanie ligi w dramatycznych okolicznościach przyrody (dosłownie), jest spadek i powtórny awans. Mam już swoje lata, ale czuję się znakomicie. Po latach po raz kolejny wracam do mojego macierzystego klubu, aby tam w karetce zakończyć swoją regularną przygodę z piłką kopaną. Diagnoza jest jednoznaczna, rozerwany więzozrost, operacje, śruba, gips. Co prawda ułańska fantazja i moja miłość do piłki kopanej, podpowiadają mi myśl o powrocie na boisko. Po roku od kontuzji, wracam do treningów. Mam wtedy 36 lat i nikt już niestety tam na mnie nie czeka, nie liczy na mnie…a noga jednak boli.

Ostatecznie zarzucam myśli o powrocie na boisko. Jeszcze “tylko” z ekipą Głosu Wielkopolskiego zajmujemy miejsce 3 w mistrzostwach dziennikarzy.

Na boisku spędziłem ponad ćwierć wieku. Dziś jestem już tylko kibicem, który tylko czasami z racji godzin spędzonych na boisku i ławie rezerwowych, z dystansem podchodzi do komentarzy “znawców” na trybunach lub choćby na FB.

Nigdy nie miałem wyjątkowego talentu ani umiejętności, ale dzięki temu nauczyłem się ciężej pracować gdy brakuje umiejętności. Nie wiem, czy moje dzieci będą miały talent do realizowanie się na wymarzonych polach, ale wiem czego chcę ich nauczyć i co przekazać. Chciałbym aby nigdy nie przestały marzyć i aby zawsze starały się zrobić wszystko aby zrealizować swoje marzenia. Ja sam niestety nie spełniłem obietnicy danej dziadkowi. Nigdy nie byłem ani w Turynie, ani nawet we Włoszech, nie wspominając o dolarach, które miałem mu wysyłać. Ale w drodze na szczyt, którego nigdy nie zdobyłem, jakim było marzenie o Juventusie Turyn i karierze Zbigniewa Bońka, osiągnąłem coś więcej. Poznałem przede wszystkich wspaniałych ludzi, którym za wszystko dziękuję, wiele się o sobie dowiedziałem i wiele od nich nauczyłem nauczyłem. Byli wśród nich Ci bardzo utalentowani i pasjonaci, byli tacy, którzy wytrwale dążyli do celu, ale było też wielu takich, którzy mimo talentu, w pewnym momencie swojego życia zdecydowali o innej drodze i mieli inny pomysł na życie.  Mam też nadzieję, że moje dzieci, na swojej drodze także będą spotykać tak wspaniałych ludzi jak ja i będą się od nich uczyć, a być może same dla nich staną się inspiracją!


Kariera – czyli, marzeń niespełnienie.

Cz. 1 . Muzyka

Któż nie marzy o karierze aktorskiej lub muzycznej? Chyba każdy, albo przynajmniej znacząca większość. Podziwiam osoby, które potrafią sobie w młodym wieku odpowiedzieć na pytanie, co chcą robić i potem robią wszystko, aby dążyć do wymarzonego celu. Naprawdę szczerze ich podziwiam.

Jednak jak sami wiecie, nie zawsze łatwo jest odpowiedzieć sobie na takie pytanie, tym bardziej w młodym wieku. Nie łatwo, tym bardziej, że trudno o kogoś kto pomoże postawić Ci te pierwsze kroki, przytrzyma za rękę będąc wsparciem gdy pojawią się pierwsze zwątpienia i trudności, oraz pomoże lub doradzi, które z drzwi otworzyć i jaki kierunek wybrać, aby w tym wszystkim nie zatracić samego siebie.

Pierwsze kroki stawiałem w …kościele. Tam też ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich, leżałem w ławce obok mojej bezradnej kochanej mamy i drąc się wniebogłosy (sic!), zaintonowałem ówczesny przebój Skaldów „Medytacje wiejskiego listonosza” z jego refrenem „Ludzie zejdźcie z drogi bo listonosz jedzie”.

Potem była podstawówka i różnego rodzaju wykony na uroczystościach szkolnych czy „zuchowskich”. Jednak nie kierowała mną jakaś szczególna miłość do muzyki czy chęć do rozwoju i uczenia się czegoś nowego, po prostu śpiewałem na tyle dobrze, że „powoływano” mnie do różnego rodzaju wykonów. Więc jak kazali – a wiązało się to z próbami podczas lekcji, czyli de facto dla mnie wolną lekcją – to śpiewałem co swoje i cieszyłem się labą. Wyjątek – jak się okazało później, wytyczający kierunek moich muzycznych facynacji – miała jedna z „dyskotek” organizowanych w harcówce, prowadzący kolega (Kazik), postanowił przeprowadzić ją pod znakiem KSU. Było pogo, był śpiew, była energia. Wtedy po raz pierwszy – choć tylko na ten moment – poczułem, że coś uwalnia się z mojego serca, coś w tej muzyce powoduje, że serce szybciej mi bije…

Przełom nastąpił Następnie dzięki jednej kasecie, która wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo nagranie z Opolskiej Krajowej Sceny Młodzieżowej.

Na fali tej fascynacji, próbowałem swoich sił w kilku miejscowych projektach muzycznych. Zawsze było w nich dużo serca i zaangażowania, zawsze sprawiały tyle samo radości. Jednak efektów w postaci tras koncertowych nie było, tym bardziej, że nigdy nie zdecydowaliśmy się nagrać naszych wykonań i wysłać komuś do posłuchania. Wtedy też po raz pierwszy odwiedziłem festiwal w Jarocinie, zobaczyłem inny świat, ludzi otwartych, uśmiechniętych po prostu innych. Uznałem jednak, że nie mam takiego zacięcia do realizowania się w tym kierunku i porzuciłem swoje muzyczne marzenia, tym bardziej że swój muzyczny świat dzieliłem z grą w piłkę nożną (o czym będzie w późniejszym czasie). Swoje wokalne umiejętności rozwijam już dziś tylko w tłumie na koncertach i śpiewając czy nucąc moim dzieciom kołysanki.

Z tamtych fascynacji i muzycznych zabaw, ukształtował się #zwariatatata takiego jak go znacie lub takiego jakiego poznajecie. To one doprowadziły mnie niełatwą drogą do miejsca, w którym jestem obecnie. To one sprawiły, że poznałem kobietę mojego życia i spełnienie marzeń i to one pozwalają nam w miarę normalnie przechodzić przez niełatwy czas rodzicielstwa, chorób dzieci i frustracji.

Ze wszystkich tych przeżyć, zrodziły się myśli, którymi chce się z Wami podzielić. Aby starać się być oparciem dla projektów naszych dzieci, pozwalać im rozwijać to co w nich najpiękniejsze i co sprawia im radość, a nie zmuszać je do realizacji swoich niespełnionych marzeń. Nieustająco je dopingować do pracy, aby pomóc im spełniać ICH marzenia, choćby te najdrobniejsze.

I cieszyć się…własnymi wspomnieniami.

Prosty chłopak


Witaj, świecie! Wpis Pierwszy! Boks, czyli kto by się spodziewał.

BOKS

Na wstępie musicie wiedzieć jedno, otóż ja nie lubię boksu. Nie oglądam i nie oglądałem (lub na odwrót). Prawie tak samo jaki piłki nożnej, którą trenowałem lat 25. W ogóle to nie lubię się bić! Nigdy się w zasadzie nie biłem (oprócz incydentów) i podsumowałbym dotychczasową „przygodę z boksem” tym, że byłem bity.

Byłem bity przez kolegów z równoległej klasy, przez kolegów z drużyny piłkarskiej (w zasadzie jednego, ale to były solidne „lania”) i kogo tam popadło. Nie to, że jakoś często. Workiem do bicia nie byłem, ponieważ jak na worek zbyt szybko biegałem (stąd moja ksywa szkolna Speedy). Po prostu jakoś tak wyszło, że przypadek zrządził, że los tak chciał.

Przypadkowi i losowi, zapewne pomogło to, iż byłem pyskatym i złośliwym niziołkiem, co zapewne było główną przyczyną moich niezaplanowanych treningów sprinterskich.

ALE NADSZEDŁ TEN DZIEŃ!

Małżonka moja zakupiła mi kartę na treningi boksu z okazji 43 lat na tym ziemskim padole, co by się człeczyna poruszał i …

I tak już drugi miesiąc. Fryzjer Tomasz (nie Adamek), do którego chodzę, pochwalił się swoja nową pasją jaką jest boks, ja z kolei  o tym opowiedziałem żonie i … dwa razy z tygodniu chodzę na treningi. Wracam bogatszy o doświadczenia i kilka otarć, które najczęściej „funduje” mi przemiły i mega uśmiechnięty koleżka 190 cm i 116 kg o imieniu Dominik. Musze radzić sobie z tym, że jestem jednym z niewielu początkujących, z wypadającymi szkłami kontaktowymi i z ograniczonym zasięgiem ramion, co sprawia że zanim przeciwnik znajdzie się w zasięgu moich rakiet, ja już zostaję kilkukrotnie dotkliwie ugodzony 2-3 prostymi. Ale te „problemy” tylko determinują moją chęć do uczenia się, uważnego słuchania trenera i samokształcenia w domu.

Są także bardziej wyrównane pojedynki, które toczę podczas ćwiczenia „walka z cieniem” lub podczas treningowych sparingów zwanych „zabawkami” z przedstawicielkami płci pięknej, ale jedne i drugie chluby nie przynoszą, więc dodam tylko, że nie są one dla mnie okazją do odreagowania i nauki…nawet od rzeczonego „cienia”.

I tak jest dobrze, i tak jest lepiej. I sparafrazuję mecenasa moich zadrapań „zawsze na mieście może się trafić jakiś gruby i łysy”…