Boks – czyli minął już rok

Ponad rok temu rozpocząłem swoją przygodę z boksem w poznańskim klubie PRETORIUM . Szybko okazało się, że nie zostanę „ostatnią nadzieją białych” i nie dla mnie zawodowe ringi, blaski jupiterów, bajeczne sumy za stoczone walki, sława i kontrakty reklamowe. Równie szybko okazało się, że bokserskie treningi to coś więcej niż tylko sama zabawa.

O swoich początkach piszę w swoim pierwszym blogowym wpisie: https://zwariatatata.pl/wpis_pierwszy-boks/

W tym czasie nauczyłem się organizować czas na trening, tak aby obowiązki domowe i rodzicielskie nie spadły wyłącznie na moją małżonkę. To da się zrobić, ale o tym, że nie jest to wcale takie proste wiedzą wszyscy rodzice. Trenuje maksymalnie dwa razy w tygodniu, ale to w zupełności wystarcza do utrzymania kondycji.

Bardzo szybko przekonałem się, że boks to coś więcej niż brawura i siła. Myślenie i technika to podstawa, którą to do naszych głów wkłada trener Paweł. Musisz planować swoje ruchy, starając się przewidzieć co w tym czasie może zrobić rywal. Wystarczy chwila dekoncentracji na czwartkowych „zabawkach”, by kilka celnych ciosów sprawiło, że szybko wracasz na właściwy tor.

Intensywność treningów bokserskich porównałbym do treningów zimowego okresu przygotowawczego podczas trenowania piłki nożnej, z ta jedną różnicą, że tak jest cały rok. To pozwala wyrzucić wszystkie złe emocje i pomaga w walce ze stresem. To taka nieoczywista wartość płynąca z trenowania, nie tylko boksu.

Przez ten rok poznałem grono naprawdę fajnych ludzi. Gdy rozpoczynałem treningi, nie było jeszcze grupy początkującej, więc od razu trafiłem na trening z ludźmi, którzy z większą lub mniejszą częstotliwością trenują boks od co najmniej dwóch lat. To był naprawdę trudny okres, ale od początku mogłem liczyć na wyrozumiałość i wsparcie, nie tylko trenera ale wszystkich trenujących, zupełnie mi wtedy obcych osób, za co niniejszym dziękuję.

W tym czasie „zdarłem” swoją pierwszą parę rękawic i po cichu liczę, że Mikołaj (być może nawet święty) zlituje się nad pogańską duszą i przyniesie mi nowiutką parę rękawic. Przydadzą się, ponieważ nadal chcę kontynuować „karierę” Anonimowego Pięściarza z Jeżyc.

 

Witaj, świecie! Wpis Pierwszy! Boks, czyli kto by się spodziewał.

BOKS

Na wstępie musicie wiedzieć jedno, otóż ja nie lubię boksu. Nie oglądam i nie oglądałem (lub na odwrót). Prawie tak samo jaki piłki nożnej, którą trenowałem lat 25. W ogóle to nie lubię się bić! Nigdy się w zasadzie nie biłem (oprócz incydentów) i podsumowałbym dotychczasową „przygodę z boksem” tym, że byłem bity.

Byłem bity przez kolegów z równoległej klasy, przez kolegów z drużyny piłkarskiej (w zasadzie jednego, ale to były solidne „lania”) i kogo tam popadło. Nie to, że jakoś często. Workiem do bicia nie byłem, ponieważ jak na worek zbyt szybko biegałem (stąd moja ksywa szkolna Speedy). Po prostu jakoś tak wyszło, że przypadek zrządził, że los tak chciał.

Przypadkowi i losowi, zapewne pomogło to, iż byłem pyskatym i złośliwym niziołkiem, co zapewne było główną przyczyną moich niezaplanowanych treningów sprinterskich.

ALE NADSZEDŁ TEN DZIEŃ!

Małżonka moja zakupiła mi kartę na treningi boksu z okazji 43 lat na tym ziemskim padole, co by się człeczyna poruszał i …

I tak już drugi miesiąc. Fryzjer Tomasz (nie Adamek), do którego chodzę, pochwalił się swoja nową pasją jaką jest boks, ja z kolei  o tym opowiedziałem żonie i … dwa razy z tygodniu chodzę na treningi. Wracam bogatszy o doświadczenia i kilka otarć, które najczęściej „funduje” mi przemiły i mega uśmiechnięty koleżka 190 cm i 116 kg o imieniu Dominik. Musze radzić sobie z tym, że jestem jednym z niewielu początkujących, z wypadającymi szkłami kontaktowymi i z ograniczonym zasięgiem ramion, co sprawia że zanim przeciwnik znajdzie się w zasięgu moich rakiet, ja już zostaję kilkukrotnie dotkliwie ugodzony 2-3 prostymi. Ale te „problemy” tylko determinują moją chęć do uczenia się, uważnego słuchania trenera i samokształcenia w domu.

Są także bardziej wyrównane pojedynki, które toczę podczas ćwiczenia „walka z cieniem” lub podczas treningowych sparingów zwanych „zabawkami” z przedstawicielkami płci pięknej, ale jedne i drugie chluby nie przynoszą, więc dodam tylko, że nie są one dla mnie okazją do odreagowania i nauki…nawet od rzeczonego „cienia”.

I tak jest dobrze, i tak jest lepiej. I sparafrazuję mecenasa moich zadrapań „zawsze na mieście może się trafić jakiś gruby i łysy”…