Boks – czyli minął już rok

Ponad rok temu rozpocząłem swoją przygodę z boksem w poznańskim klubie PRETORIUM . Szybko okazało się, że nie zostanę „ostatnią nadzieją białych” i nie dla mnie zawodowe ringi, blaski jupiterów, bajeczne sumy za stoczone walki, sława i kontrakty reklamowe. Równie szybko okazało się, że bokserskie treningi to coś więcej niż tylko sama zabawa.

O swoich początkach piszę w swoim pierwszym blogowym wpisie: https://zwariatatata.pl/wpis_pierwszy-boks/

W tym czasie nauczyłem się organizować czas na trening, tak aby obowiązki domowe i rodzicielskie nie spadły wyłącznie na moją małżonkę. To da się zrobić, ale o tym, że nie jest to wcale takie proste wiedzą wszyscy rodzice. Trenuje maksymalnie dwa razy w tygodniu, ale to w zupełności wystarcza do utrzymania kondycji.

Bardzo szybko przekonałem się, że boks to coś więcej niż brawura i siła. Myślenie i technika to podstawa, którą to do naszych głów wkłada trener Paweł. Musisz planować swoje ruchy, starając się przewidzieć co w tym czasie może zrobić rywal. Wystarczy chwila dekoncentracji na czwartkowych „zabawkach”, by kilka celnych ciosów sprawiło, że szybko wracasz na właściwy tor.

Intensywność treningów bokserskich porównałbym do treningów zimowego okresu przygotowawczego podczas trenowania piłki nożnej, z ta jedną różnicą, że tak jest cały rok. To pozwala wyrzucić wszystkie złe emocje i pomaga w walce ze stresem. To taka nieoczywista wartość płynąca z trenowania, nie tylko boksu.

Przez ten rok poznałem grono naprawdę fajnych ludzi. Gdy rozpoczynałem treningi, nie było jeszcze grupy początkującej, więc od razu trafiłem na trening z ludźmi, którzy z większą lub mniejszą częstotliwością trenują boks od co najmniej dwóch lat. To był naprawdę trudny okres, ale od początku mogłem liczyć na wyrozumiałość i wsparcie, nie tylko trenera ale wszystkich trenujących, zupełnie mi wtedy obcych osób, za co niniejszym dziękuję.

W tym czasie „zdarłem” swoją pierwszą parę rękawic i po cichu liczę, że Mikołaj (być może nawet święty) zlituje się nad pogańską duszą i przyniesie mi nowiutką parę rękawic. Przydadzą się, ponieważ nadal chcę kontynuować „karierę” Anonimowego Pięściarza z Jeżyc.

 

Kariera – marzeń niespełnienie – cz. 3 Aktorstwo

W głowie zwariowanego taty, długo przed tym, gdy został tatą, zawsze było dużo marzeń o aktorskiej karierze i „planów” z nimi związanych. Każdy z nas był dzieckiem i pamięta, jak niewiele potrzeba, aby w głowie zrodziło się marzenie zostania kimś kogo widziało się na ekranie telewizora czy też w kinie.

Pierwsze marzenie „aktorskie” jakie pamiętam, to było oczywiście zostanie Jankiem z serialu „Czterej pancerni i pies”. W tym celu razem z ciotecznymi braćmi szlifowaliśmy umiejętności wojskowe podczas wielogodzinnych zabaw na podwórku. Niestety, nikt nie potrzebował na planie rozkrzyczanej bandy dzieciaków w karabinami, nabytymi na corocznym odpuście.

Lecz to własnie na tym podwórku po raz pierwszy wykazałem się zdolnościami aktorskimi. Mając lat 5 lub 6, razem z bratem ciotecznym (kuzynem, ale u nas wszyscy byli braćmi ciotecznymi) rzucaliśmy na jego podwórku zielonymi jabłkami w bramę. Brama jak to brama, kilka drutów zespawanych ze sobą, na socrealistyczną modę. W związku z tym, że były to przełom lat 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia, ulicami raczej rzadko coś przejeżdżało. Ale jak ktoś ma pecha, to i palec w d… złamie… I wtedy – oczywiście, bo niby jak mogłoby być inaczej –  przejeżdżał samochód. Mały fiat, ale obok telefonu stacjonarnego i wyjazdu na wczasy do Bułgarii, marzenie przeciętnego Kowalskiego. I jedno jabłko rzucone przeze mnie – jak sie zapewne domyślacie – wspaniale zrykoszetowało i trafiło centralnie w drzwi tego „cudeńka”.  Wściekły do czerwoności właściciel tego cudu motoryzacji, zahamował z piskiem i wyskoczył w poszukiwaniu winowajców. Instynkt łobuziaka, podpowiadał tylko jedno rozwiązanie, natychmiast rzuciliśmy się do ucieczki. Ja przebiegłem przez ogród brata, przeskoczyłem  do swojego, następnie na swoje podwórko i pędem ruszyłem po schodach do domu. Tam wpadłem jak burza do pokoju i nic nie tłumacząc zaskoczonej rodzinie, natychmiast zmieniłem koszulkę z czerwonej na zieloną. Nie zatrzymując się, szybko zbiegłem na podwórko i podbiegłem do bramy, udając że wypatruję za nią czegoś ciekawego. Po chwili pojawił się wściekły właściciel auta, celem złapania niesfornego malucha i wymierzenia mu zasłużonej kary. Podszedł do mnie i zapytał czy nie widziałem chłopca w czerwonej koszulce. Ze ściśniętym gardłem odpowiedziałem, że widziałem i że uciekł w „stronę cukrowni”. Facety wyjrzał jeszcze tylko na ulicę i …dając za wygraną wrócił do swojego auta. Tym oto sposobem zaliczyłem z sukcesem swoją pierwszą, wymuszoną rolę aktorską.

Potem przyszedł czas na seanse kinowe i kultowe „klasztor Shaolin” i „Wejście smoka”. Po takim seansie – a oglądałem te filmy kilkukrotnie – z kina wychodziliśmy tak nabuzowani energią i nabytymi podczas oglądania umiejętnościami, że z wojowniczymi okrzykami atakowaliśmy praktycznie każde drzewo rosnące po drodze do domu. Do celu docieraliśmy już z solidnie poobijanymi piszczelami i zdartymi od okrzyków gardłami. Niestety energii na kontynuowanie kariery aktora filmów walki, starczyło może jeszcze na kilka godzin, ale bolesne siniaki na nogach przypominały o tym jeszcze dłuższy czas.

W czasach licealnych, przyszło mi odegrać kilka komediowych roli w konkursach „parodii reklam”, podczas odbywających się corocznie dni patrona LO. Jedyna jaką zapamiętałem to była reklama tamponów, gdzie wcieliłem się z postać niejakiego „Gabrysia”, umalowanego chłopca z doklejonymi włosami anielskimi pod pachami i na klacie. Obrazu dopełniały kalesony wysoko podciągnięte do góry. Już samo wyjście na scenę, wywołało salwę śmiech, a po wypowiedzeniu zniewieściałym głosem pierwszej kwestii „Cześć jestem Gabryś” sala pękała ze śmiechu, jakby co najmniej wykupili bilety na stand up Abelarda Gizy…20 lat później.

Czas mijał i nadzieja na zostanie gwiazdą ekranu czy sceny stawała się coraz mniejsza, aż do czasu poznania młodych i bardzo ambitnych ludzi, którzy w mojej rodzinnej miejscowości nie tylko spędzali wieczory na wielogodzinnych rozmowach (także, ten teges…), ale także robili i robią wiele, aby życie kulturalne powiatowego miasteczka nabrało kolorytu. Oni to organizują od lat festiwali kina offowego  FILMOFFO w Opolu Lubelskim.

Dzięki nim, można było także zobaczyć w miejscowym kinie najciekawsze produkcje tzw. kina ambitnego, które zazwyczaj pojawiały się tylko w małych kinach studyjnych., więc były nie lada gratka dla osób poszukujących alternatywy od Hollywoodzkich produkcji. To właśnie ekipa Sorry Film Polska, tworzyła także swoje produkcje filmowe. I  w jednej z nich pod tytułem „Samobój” w reżyserii Krzysztofa Ryczka, przyszło mi debiutować przed kamerą. Nie było to łatwe zadanie dla debiutanta, tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z wypadkiem, który zakończył moją przygodę z piłką możną. W jednym z epizodów, wcieliłem się  w rolę trenera z nogą w gipsie, poruszającego się o kulach i nagminnie używającego słów powszechnie uznanych za obelżywe. Rola ta niestety nie przyniosła mi uznania w oczach jurorów jakiegokolwiek festiwalu, ale była znakomitą zabawą i okazją do poznania stresu związanego z przebywaniem przed kamerą.

Już kilka lat później i 500 km od tych wydarzeń, zapisałem się do „banku twarzy aktorów i statystów” Studia ABM. To dzięki nim mam okazję uczestniczyć w różnych castingach do ról epizodycznych lub po prostu jako statysta. Na razie bez jakichkolwiek sukcesów. Harrisonem Fordem już też raczej nie zostanę, ale to zawsze fajna okazja do nauczenia się czegoś nowego.

Na tę chwile „udało” mi się statystować w reklamie Head & Shoulders i Warka oraz filmie „Syn Królowej Śniegu”, gdzie widać moją rękę z tatuażem w 19 sekundzie i  mnie w 36 i 37 sekundzie (taki okrągły brodach w pomarańczowej bluzie).

W zasadzie nadzieje i marzenia o zostaniu aktorem porzuciłem, chociaż jak to mówią na catingach „nigdy nie wiadomo, co i kto się producentom spodoba”. Oczywiście jest to fajna zabawa, która wiele uczy o własnych ograniczeniach czy lękach. Sam dobrze wiem, że aktorem zostaje się kończąc szkołę aktorską, a nie samym zapisaniem się do „bazy zdjęć aktorów i statystów”, co nie zmiana faktu, że gdzieś na dnie serca tli się taka nadzieja.


Kariera – Never give up Cz. 2 – piłka kopana

O muzycznych poczynaniach bez większego zaangażowania, a co za tym idzie bez sukcesu już było. Tragedia wielka z tegoż powodu się nie wydarzyła. Ale było coś więcej. Tym razem będzie o niespełnionym wielkim marzeniu i obietnicy, której nie miałem szans zrealizować

Wszystko rozpoczęło się na długo przed tym jak mój ojciec poznał moją mamę. Dziadek mój Zygmunt, był w powojennej ekipie mojego miasteczka, która powołała do życia klub sportowy czytaj piłkarski. To właśnie zaangażowanie mojego dziadka w narodziny Opolanki miało spory wpływ na to,co później się wydarzyło. Dziadkowi zdążyłemobiecać, że będę grał w Juventusie Turyn i będę mu przysyłał dolary.To oczywiście się nie wydarzyło,dziadek chyba rozumiał jak ciężka czekałaby mnie praca. W tym klubie swój epizod miał także mój tato, więc sami wiecie, że tak to się musiało skończyć. A właściwie zacząć.

W wieku lat 10-ciu, gdy moja rodzina przeprowadziła się z małomiejskiego mieszkanka na piętrze z kaflowymi piecami, do własnego domku na wsi (jakiś 1 km od centrum tegoż miasteczka), stałem się dla moich kolegów wieśniakiem. Wtedy poszedłem na swoje pierwszy PRAWDZIWy treningi w klubie MZKS Opolanka Opole Lubelskie.

Szybko okazało się, że nie imponuję warunkami fizycznymi, ani też jakimikolwiek umiejętnościami technicznymi. Na ratunek po raz kolejny przyszła szybkość. Dzięki tej szybkości znaleziono mi miejscówkę na prawym skrzydle i z numerem Włodka Smolarka uprawiałem moją ukochana dyscyplinę aż do 16-tego roku życia. Przez ten okres bawiłem się setnie, biegałem po boiskach prawie całej Lubelszczyzny. Trenerzy mimo swojego zaangażowania, nic nie poradzili na mój wrodzony brak talentu piłkarskiego, co nie przeszkadzało mi strzelić kilka tuzinów bramek. Do bilansu – należy dodać jeszcze straty, czy kilkanaście otarć, zwichnięcia czy skręcenia stawów skokowych oraz gips – sztuk jeden.

Czas płynął miło: od wyjazdu do wyjazdu. Tych było sporo, ponieważ miejscowe boisko przechodziło gruntowny remont, więc wszystkie mecze jako gospodarze rozgrywaliśmy albo w Bełżycach, albo w Józefowie nad Wisłą. Życie pisze różne historie, więc zdradzę tylko, że do Bełżyc i do Józefowa nad Wisłą, wrócę jeszcze podczas swojej przygody z piłką nożną.

Lekcja pokory nr. 1 – nie ma tu dla Ciebie miejsca

Wiek dziecięcy się kończy, rozpoczyna się okres dorosłości. Świat już nie jest taki prosty. Zaraz po maturze zupełnie nie wiem, co mam ze sobą począć. Roboty w miasteczku nie ma. „Pomocną dłoń” wyciąga do mnie Wojskowa Komisja Uzupełnień w Kraśniku i ląduję w Jednostce Wojskowej nr 2474 w Białobrzegach. Jestem tam półtorej – miesiąca.
Przez ten okres dostaje listy od mojej młodszej siostry, która bardzo szczegółowo relacjonuje mi wyczyny moich klubowych kolegów, którzy już wtedy awansowali do czwartej ligi lubelsko-radomskiej…dziś byłaby to III liga. Listy te czytam kilkakrotnie, widzę te bramki i tę radość kibiców. Po powrocie z wojska pierwsze kroki kieruję na trening swojego macierzystego klubu. Trener bez ogródek informuje mnie na forum drużyny, że nie mam tam czego szukać. Wracałem do domu upokorzony, załamany, wściekły, zły… łzy stanęły mi w oczach. Wtedy postanowiłem udowodnienić sobie i innym, że skreślenie mnie było błędem „Nu, Zajec! Nu pagadi!”.

Nadchodzi czas zmian barw klubowych. Wracam na boisko w Józefowie nad Wisłą, tym razem jako zawodnik KS Wisły Józefów. Szybko numer 11 zmieniłem na 4, i z ataku ląduje na pozycji ostatniego stopera. Szybkość jest atutem. Na tym szczeblu wyszkolenie techniczne można określić na 4+… Cóż..”wśród ślepych, jednooki królem”. Najważniejsze, że ląduję we wspaniałej ekipie i poznaję wspaniałych ludzi, atmosfera jest świetna. Z sukcesem walczymy o awans z klasy A do Ligi wojewódzkiej. Jest sukces. Spędzam tam 2 lata, które wspominam zawsze z ogromna radością, ponieważ to był bardzo ważny okres mojego życia, nie tylko piłka kopana. Przez te dwa lata, wśród tych ludzi dowiedziałem się więcej o sobie i o tym co mam zrobić, aby nadal czerpać radość z biegania po boisku. Idzie mi nieźle.

 

Tymczasem w moim rodzimym klubie, zmienia się trener. Ktoś mu donosi, że jest kilku chłopaków z Opola w Józefowie, że może warto się przyjrzeć… Razem z młodszym kolegą ląduję po dwóch latach znowu na treningu w Opolu. zapewne nietrudno się domyśleć, że nie jestem pierwszym wyborem trenera, który uczciwie stawia sprawę i mówi mi o moim miejscu w hierarchii zapotrzebowań transferowych. Nie jest dobrze, więc mobilizuję się podwójnie. Ostatecznie zostaję ja. Kolegi już nie ma. Moje kwity i sprawy ponownej rejestracji, przedłużają się. Kwity przychodzą dopiero w 3 lub 4 kolejce. Przyjeżdża Radomiak Radom, jeszcze jakiś czas temu 1 liga, siedzę z szatni, „głęboka ława”, w zasadzie to nawet „obsługa transportera”…ale za kilka sekund zmienia się wszystko. trener wyczytuje mnie w pierwszym składzie. Tym razem ląduję na lewym skrzydle. Szumi mi w głowie, adrenalina i strach. Dostałem swoje 45 minut i na tej adrenalinie biegałem od szesnastki do szesnastki. W bieganiu byłem dobry, jak policzył mi mój kolega „Bączek” miałem …11 kontaktów z piłką ;-).

Lekcja pokory nr 2 i wyciąganie z tych lekcji wniosków

Przygoda z czwarta ligą nie trwa długo, spadamy z ligi po dwóch latach, wraca „stary trener” i po raz kolejny dostaję „wolną rękę”. Wcześniej jednak rozpoczynam treningi w sekcji piłki nożnej UMSC Lublin. Tam dowiaduję się że halowa piłka nożna zwana futsalem to coś zupełnie innego niż to co znałem z powiatowych parkietów. Okazuje się, że muszę się w zasadzie wszystkiego uczyć się od nowa, ta lekcja jest bolesną dla mojego ego, toż przychodzę na sekcję jako 4-ligowiec…grajek. Nikogo to jednak nie interesuje i szybko pokazują mi miejsce w szeregu. Parkiet weryfikuje wszystko. Nie pozostaje nic innego niż pracować więcej niż inni, bardziej utalentowani i uzdolnieni piłkarsko koledzy. Pracuję więc ciężko. Niestety przychodzi kolejna lekcja pokory… nie jadę na mistrzostwa do Poznania, to boli (ostatecznie do Poznania jednak docieram na stałe z moją ukochaną, gdzie żyjemy, wychowujemy dzieci i skąd do Was piszę te słowa). Duma jest urażona, ale trzeba z tym jakoś żyć. Po raz kolejny robię wszystko, aby nadrobić brak umiejętności i pracuję więcej. Na 4 roku jako najstarszy zawodnik sekcji zostaję kapitanem reprezentacji AZS UMCS Lublin. Zdobywamy z ekipą dwa Mistrzostwa Polski, wygrywamy międzynarodowy turniej studencki w Eidhoven. Jednak marzenia się spełniają, chociaż ich część. Spełniają się przede wszystkim dzięki moim kolegom z drużyny. W zasadzie dzięki nim mogę dziś z dumą wspominać to, że ja “chłopak z małej wioski obok niewielkiego miasta” jestem podwójnym studenckim Mistrzem Polski w futsalu.

W sekcji trenerem jest słynny „Buba” Tomasz Bielecki, 100%-wy pasjonat. To on uczy mnie, że nigdy nie można się poddawać. Te lekcje bywają bolesne, ale prowadzą do celu. Jest też trenerem BKS Lublin, który w tamtym okresie awansuje do IV-ligi. Zrzucam 10 kg i już dostaję angaż w niesamowitej ekipie BKS Lublin. Tam spełniam kilka ze swoich „mniejszych” marzeń. Występuję na stadionie przy Alejach Zygmuntowskich 5, co prawda nie w barwach lubelskiego Motoru, na którego mecze na najwyższym szczeblu rozgrywek jako dzieciak jeździłem i marzyłem o występie, ale przeciw ekipie w koziego grodu. Nawet doczekałem się “podziękowań” ze strony kibiców Motoru, ale pozwolę sobie, ze względu na zawarte w nich wulgaryzmy, nie cytować.

 

W ekipie BeKSy przeżywa jedną z najdziwniejszych moich piłkarskich przygód. W 1 minucie meczu rozgrywanego na boisku Podlasia Biała Podlaska, nasz bramkarz otrzymuje kartkę czerwoną. Niestety, przyjechaliśmy bez…rezerwowego bramkarza. W kilka chwil mam na sobie strój bramkarski. Swoją drogą musiałem wyglądać dość interesująco, mają na sobie strój większy o dwa rozmiary. Chłopaki na boisku nie tylko niwelują przewagę jednego zawodnika, ale dyktują warunki. Znam ich i zupełnie mnie to nie dziwi, to przecież prawdziwi wojownicy z Balladyny! O moich bramkarskich “wyczynach” napisało nawet Słowo Podlasia. Najpierw: na bramce stanął zawodnik, który nie miał większego pojęcia o łapaniu piłki”. Potem było już znacznie lepiej: “w 20 minucie w sytuacji sam na sam znalazł się (tu pada nazwisko aktualnej gwiazdy w ekipie z Białej Podlaskiej, którego nie pomnę), ale piłkę na róg fantastycznie sparował #zwariatatata”. Zaliczamy udany sezon, ale brak kasy i własnego boiska kończy się fuzją z Unią Bełżyce. Tym oto sposobem wracam do Bełżyc na kilka lat jako zawodnik BKS Unia Bełżyce.

Tam spędzam kolejne sezony, jest uratowanie ligi w dramatycznych okolicznościach przyrody (dosłownie), jest spadek i powtórny awans. Mam już swoje lata, ale czuję się znakomicie. Po latach po raz kolejny wracam do mojego macierzystego klubu, aby tam w karetce zakończyć swoją regularną przygodę z piłką kopaną. Diagnoza jest jednoznaczna, rozerwany więzozrost, operacje, śruba, gips. Co prawda ułańska fantazja i moja miłość do piłki kopanej, podpowiadają mi myśl o powrocie na boisko. Po roku od kontuzji, wracam do treningów. Mam wtedy 36 lat i nikt już niestety tam na mnie nie czeka, nie liczy na mnie…a noga jednak boli.

Ostatecznie zarzucam myśli o powrocie na boisko. Jeszcze “tylko” z ekipą Głosu Wielkopolskiego zajmujemy miejsce 3 w mistrzostwach dziennikarzy.

Na boisku spędziłem ponad ćwierć wieku. Dziś jestem już tylko kibicem, który tylko czasami z racji godzin spędzonych na boisku i ławie rezerwowych, z dystansem podchodzi do komentarzy “znawców” na trybunach lub choćby na FB.

Nigdy nie miałem wyjątkowego talentu ani umiejętności, ale dzięki temu nauczyłem się ciężej pracować gdy brakuje umiejętności. Nie wiem, czy moje dzieci będą miały talent do realizowanie się na wymarzonych polach, ale wiem czego chcę ich nauczyć i co przekazać. Chciałbym aby nigdy nie przestały marzyć i aby zawsze starały się zrobić wszystko aby zrealizować swoje marzenia. Ja sam niestety nie spełniłem obietnicy danej dziadkowi. Nigdy nie byłem ani w Turynie, ani nawet we Włoszech, nie wspominając o dolarach, które miałem mu wysyłać. Ale w drodze na szczyt, którego nigdy nie zdobyłem, jakim było marzenie o Juventusie Turyn i karierze Zbigniewa Bońka, osiągnąłem coś więcej. Poznałem przede wszystkich wspaniałych ludzi, którym za wszystko dziękuję, wiele się o sobie dowiedziałem i wiele od nich nauczyłem nauczyłem. Byli wśród nich Ci bardzo utalentowani i pasjonaci, byli tacy, którzy wytrwale dążyli do celu, ale było też wielu takich, którzy mimo talentu, w pewnym momencie swojego życia zdecydowali o innej drodze i mieli inny pomysł na życie.  Mam też nadzieję, że moje dzieci, na swojej drodze także będą spotykać tak wspaniałych ludzi jak ja i będą się od nich uczyć, a być może same dla nich staną się inspiracją!


Kariera – czyli, marzeń niespełnienie.

Cz. 1 . Muzyka

Któż nie marzy o karierze aktorskiej lub muzycznej? Chyba każdy, albo przynajmniej znacząca większość. Podziwiam osoby, które potrafią sobie w młodym wieku odpowiedzieć na pytanie, co chcą robić i potem robią wszystko, aby dążyć do wymarzonego celu. Naprawdę szczerze ich podziwiam.

Jednak jak sami wiecie, nie zawsze łatwo jest odpowiedzieć sobie na takie pytanie, tym bardziej w młodym wieku. Nie łatwo, tym bardziej, że trudno o kogoś kto pomoże postawić Ci te pierwsze kroki, przytrzyma za rękę będąc wsparciem gdy pojawią się pierwsze zwątpienia i trudności, oraz pomoże lub doradzi, które z drzwi otworzyć i jaki kierunek wybrać, aby w tym wszystkim nie zatracić samego siebie.

Pierwsze kroki stawiałem w …kościele. Tam też ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich, leżałem w ławce obok mojej bezradnej kochanej mamy i drąc się wniebogłosy (sic!), zaintonowałem ówczesny przebój Skaldów „Medytacje wiejskiego listonosza” z jego refrenem „Ludzie zejdźcie z drogi bo listonosz jedzie”.

Potem była podstawówka i różnego rodzaju wykony na uroczystościach szkolnych czy „zuchowskich”. Jednak nie kierowała mną jakaś szczególna miłość do muzyki czy chęć do rozwoju i uczenia się czegoś nowego, po prostu śpiewałem na tyle dobrze, że „powoływano” mnie do różnego rodzaju wykonów. Więc jak kazali – a wiązało się to z próbami podczas lekcji, czyli de facto dla mnie wolną lekcją – to śpiewałem co swoje i cieszyłem się labą. Wyjątek – jak się okazało później, wytyczający kierunek moich muzycznych facynacji – miała jedna z „dyskotek” organizowanych w harcówce, prowadzący kolega (Kazik), postanowił przeprowadzić ją pod znakiem KSU. Było pogo, był śpiew, była energia. Wtedy po raz pierwszy – choć tylko na ten moment – poczułem, że coś uwalnia się z mojego serca, coś w tej muzyce powoduje, że serce szybciej mi bije…

Przełom nastąpił Następnie dzięki jednej kasecie, która wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo nagranie z Opolskiej Krajowej Sceny Młodzieżowej.

Na fali tej fascynacji, próbowałem swoich sił w kilku miejscowych projektach muzycznych. Zawsze było w nich dużo serca i zaangażowania, zawsze sprawiały tyle samo radości. Jednak efektów w postaci tras koncertowych nie było, tym bardziej, że nigdy nie zdecydowaliśmy się nagrać naszych wykonań i wysłać komuś do posłuchania. Wtedy też po raz pierwszy odwiedziłem festiwal w Jarocinie, zobaczyłem inny świat, ludzi otwartych, uśmiechniętych po prostu innych. Uznałem jednak, że nie mam takiego zacięcia do realizowania się w tym kierunku i porzuciłem swoje muzyczne marzenia, tym bardziej że swój muzyczny świat dzieliłem z grą w piłkę nożną (o czym będzie w późniejszym czasie). Swoje wokalne umiejętności rozwijam już dziś tylko w tłumie na koncertach i śpiewając czy nucąc moim dzieciom kołysanki.

Z tamtych fascynacji i muzycznych zabaw, ukształtował się #zwariatatata takiego jak go znacie lub takiego jakiego poznajecie. To one doprowadziły mnie niełatwą drogą do miejsca, w którym jestem obecnie. To one sprawiły, że poznałem kobietę mojego życia i spełnienie marzeń i to one pozwalają nam w miarę normalnie przechodzić przez niełatwy czas rodzicielstwa, chorób dzieci i frustracji.

Ze wszystkich tych przeżyć, zrodziły się myśli, którymi chce się z Wami podzielić. Aby starać się być oparciem dla projektów naszych dzieci, pozwalać im rozwijać to co w nich najpiękniejsze i co sprawia im radość, a nie zmuszać je do realizacji swoich niespełnionych marzeń. Nieustająco je dopingować do pracy, aby pomóc im spełniać ICH marzenia, choćby te najdrobniejsze.

I cieszyć się…własnymi wspomnieniami.

Prosty chłopak


WOŚP – czyli, jest Wam za co dziękować.

To jeden z tekstów, który ukazał się na Facebook przeddzień kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zanim powstała strona zwariatatata.pl, co nie zmienia faktu, że jest on aktualny „do końca świata i jeden dzień dłużej”, bo przecież Orkiestra gra w naszych sercach codziennie.

Jestem z WOŚP od początku. Od pierwszej edycji, którą w 1993 roku współorganizowałem w moim rodzinnym Opolu Lubelskim. Wtedy mówiło się częściej o Towarzystwie Przyjaciół Chińskich Ręczników i Letniej Zadymie w Środku Zimy, a samo WOŚP dopiero raczkowało w naszych głowach, ale jak widać zapisało się na zawsze.

WOŚP był dla mnie zabawą, zbiórką pieniędzy dla „kogoś” potrzebującego, okazją do posłuchania na żywo dobrej muzyki. Organizowałem, kwestowałem, prowadziłem aukcje (tak jak w roku 2012 przed Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu). Wreszcie dorzucałem do puchy. I tak było do czasu, gdy moja rodzina nie stała się beneficjentem Orkiestry.

Franz, najmłodszy, brat swojej starszej SuperSiostry i starszego brata Jaha fana Ninjago, zaraz po urodzeniu miał badany słuch. Coś poszło nie tak, więc po kilku tygodniach wysłano nas na badanie słuchu do szpitala. To naprawę trudny czas, gdy jesteś tak samo bezradny, jak ten słodko śpiący w nosidełku chłopiec. Naszemu Maluszkowi zbadano wtedy słuch super sprzętem zakupionym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Ten sprzęt został kupiony między innymi z daru Waszego serca, za co bardzo serdecznie dziękuję każdemu z Was.

Jutro i ja będę po raz kolejny wspierał „kogoś” i zrobię to z mBank Polska, który podwaja każdą pierwszą wpłatę 10, 20, 30 itd. Wiem, że to reklama komercyjnego banku, ale nie musieli tego robić.

Jeszcze raz pięknie Wam dziękuję!

PS. Dziękuję także tym moim znajomym, którzy są przeciwnikami Orkiestry, ale którzy nie przeszkadzają, nie hejtują.


Postanowienia noworoczne, czyli siła i pompa

Postanowienia noworoczne, czyli siła i pompa

Do postanowień noworocznych należy podchodzić bardzo rozważnie. Tak, aby postanawiając coś, mieć świadomość choćby minimalnej szansy na sukces. Można oczywiście zaplanować rzeczy proste, wręcz banalne, ale można też zaplanować te zupełnie nierealne. I to moje postanowienie, powzięte w moim wieku, też takim się wydawało. Uważam, że realizując z zaangażowaniem postanowienia nierealne, nawet jeśli nie osiągniemy pełnego sukcesu, to i tak pozwolą nam osiągnąć efekty, z których będziemy tak zwyczajnie, po ludzku, dumni.

Moje postanowienie dotyczyło zrzucenia wagi z 96 kg do 74 kg. Wagę docelową wybrałem rozmyślnie – bo jak mawiają internetowi mędrcy od zdrowego stylu życia, człowiek powinien ważyć tyle, ile wynoszą ostatnie dwie cyfry jego wzrostu. Taką wersję przyjąłem i takiej wersji się trzymałem. Przyszło mi to tym łatwiej, że sznurowanie glanów zaczęło się wiązać z długotrwałym głodem tlenowym, ponieważ musiałem to robić na wdechu. Przy okazji oglądania zdjęć z moją Ukochaną #MatkąGoździą sprzed kilku lat i się… zawstydziłem.

Postanowiłem więc nie tylko zrzucić wagę, ale także na stałe zmienić wiele aspektów mojego życia i wspomóc w ten sposób mozolny i pełen wysiłku proces odchudzania. Z wiekiem zrzucanie wagi jest trudniejsze, ale satysfakcja – jeśli się uda – jest większa.

Niestety nie poradzę Wam złotych środków, czy choćby jednego. I nie będę się wymądrzał, co zrobić, aby w 12 miesięcy zrzucić blisko 20 kg.

NIESTETY!!!

Nie zszedłem do 74 kg, ale – do 76 z czego jestem dumny i z tego powodu Wam się tym chwalę. 😉

MINUSY

Niestety, ale decydując się na taką „zmianę” musicie pożegnać się w ulubioną garderobą …chyba, że jesteście fanami mody lat 80 i 90 tych, i nie przeszkadzają Wam zbyt duże rozmiary Waszych ubrań 😉

A tymczasem idę budować masę w celu poprawienia rzeźby.