Kariera – marzeń niespełnienie – cz. 3 Aktorstwo

W głowie zwariowanego taty, długo przed tym, gdy został tatą, zawsze było dużo marzeń o aktorskiej karierze i „planów” z nimi związanych. Każdy z nas był dzieckiem i pamięta, jak niewiele potrzeba, aby w głowie zrodziło się marzenie zostania kimś kogo widziało się na ekranie telewizora czy też w kinie.

Pierwsze marzenie „aktorskie” jakie pamiętam, to było oczywiście zostanie Jankiem z serialu „Czterej pancerni i pies”. W tym celu razem z ciotecznymi braćmi szlifowaliśmy umiejętności wojskowe podczas wielogodzinnych zabaw na podwórku. Niestety, nikt nie potrzebował na planie rozkrzyczanej bandy dzieciaków w karabinami, nabytymi na corocznym odpuście.

Lecz to własnie na tym podwórku po raz pierwszy wykazałem się zdolnościami aktorskimi. Mając lat 5 lub 6, razem z bratem ciotecznym (kuzynem, ale u nas wszyscy byli braćmi ciotecznymi) rzucaliśmy na jego podwórku zielonymi jabłkami w bramę. Brama jak to brama, kilka drutów zespawanych ze sobą, na socrealistyczną modę. W związku z tym, że były to przełom lat 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia, ulicami raczej rzadko coś przejeżdżało. Ale jak ktoś ma pecha, to i palec w d… złamie… I wtedy – oczywiście, bo niby jak mogłoby być inaczej –  przejeżdżał samochód. Mały fiat, ale obok telefonu stacjonarnego i wyjazdu na wczasy do Bułgarii, marzenie przeciętnego Kowalskiego. I jedno jabłko rzucone przeze mnie – jak sie zapewne domyślacie – wspaniale zrykoszetowało i trafiło centralnie w drzwi tego „cudeńka”.  Wściekły do czerwoności właściciel tego cudu motoryzacji, zahamował z piskiem i wyskoczył w poszukiwaniu winowajców. Instynkt łobuziaka, podpowiadał tylko jedno rozwiązanie, natychmiast rzuciliśmy się do ucieczki. Ja przebiegłem przez ogród brata, przeskoczyłem  do swojego, następnie na swoje podwórko i pędem ruszyłem po schodach do domu. Tam wpadłem jak burza do pokoju i nic nie tłumacząc zaskoczonej rodzinie, natychmiast zmieniłem koszulkę z czerwonej na zieloną. Nie zatrzymując się, szybko zbiegłem na podwórko i podbiegłem do bramy, udając że wypatruję za nią czegoś ciekawego. Po chwili pojawił się wściekły właściciel auta, celem złapania niesfornego malucha i wymierzenia mu zasłużonej kary. Podszedł do mnie i zapytał czy nie widziałem chłopca w czerwonej koszulce. Ze ściśniętym gardłem odpowiedziałem, że widziałem i że uciekł w „stronę cukrowni”. Facety wyjrzał jeszcze tylko na ulicę i …dając za wygraną wrócił do swojego auta. Tym oto sposobem zaliczyłem z sukcesem swoją pierwszą, wymuszoną rolę aktorską.

Potem przyszedł czas na seanse kinowe i kultowe „klasztor Shaolin” i „Wejście smoka”. Po takim seansie – a oglądałem te filmy kilkukrotnie – z kina wychodziliśmy tak nabuzowani energią i nabytymi podczas oglądania umiejętnościami, że z wojowniczymi okrzykami atakowaliśmy praktycznie każde drzewo rosnące po drodze do domu. Do celu docieraliśmy już z solidnie poobijanymi piszczelami i zdartymi od okrzyków gardłami. Niestety energii na kontynuowanie kariery aktora filmów walki, starczyło może jeszcze na kilka godzin, ale bolesne siniaki na nogach przypominały o tym jeszcze dłuższy czas.

W czasach licealnych, przyszło mi odegrać kilka komediowych roli w konkursach „parodii reklam”, podczas odbywających się corocznie dni patrona LO. Jedyna jaką zapamiętałem to była reklama tamponów, gdzie wcieliłem się z postać niejakiego „Gabrysia”, umalowanego chłopca z doklejonymi włosami anielskimi pod pachami i na klacie. Obrazu dopełniały kalesony wysoko podciągnięte do góry. Już samo wyjście na scenę, wywołało salwę śmiech, a po wypowiedzeniu zniewieściałym głosem pierwszej kwestii „Cześć jestem Gabryś” sala pękała ze śmiechu, jakby co najmniej wykupili bilety na stand up Abelarda Gizy…20 lat później.

Czas mijał i nadzieja na zostanie gwiazdą ekranu czy sceny stawała się coraz mniejsza, aż do czasu poznania młodych i bardzo ambitnych ludzi, którzy w mojej rodzinnej miejscowości nie tylko spędzali wieczory na wielogodzinnych rozmowach (także, ten teges…), ale także robili i robią wiele, aby życie kulturalne powiatowego miasteczka nabrało kolorytu. Oni to organizują od lat festiwali kina offowego  FILMOFFO w Opolu Lubelskim.

Dzięki nim, można było także zobaczyć w miejscowym kinie najciekawsze produkcje tzw. kina ambitnego, które zazwyczaj pojawiały się tylko w małych kinach studyjnych., więc były nie lada gratka dla osób poszukujących alternatywy od Hollywoodzkich produkcji. To właśnie ekipa Sorry Film Polska, tworzyła także swoje produkcje filmowe. I  w jednej z nich pod tytułem „Samobój” w reżyserii Krzysztofa Ryczka, przyszło mi debiutować przed kamerą. Nie było to łatwe zadanie dla debiutanta, tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z wypadkiem, który zakończył moją przygodę z piłką możną. W jednym z epizodów, wcieliłem się  w rolę trenera z nogą w gipsie, poruszającego się o kulach i nagminnie używającego słów powszechnie uznanych za obelżywe. Rola ta niestety nie przyniosła mi uznania w oczach jurorów jakiegokolwiek festiwalu, ale była znakomitą zabawą i okazją do poznania stresu związanego z przebywaniem przed kamerą.

Już kilka lat później i 500 km od tych wydarzeń, zapisałem się do „banku twarzy aktorów i statystów” Studia ABM. To dzięki nim mam okazję uczestniczyć w różnych castingach do ról epizodycznych lub po prostu jako statysta. Na razie bez jakichkolwiek sukcesów. Harrisonem Fordem już też raczej nie zostanę, ale to zawsze fajna okazja do nauczenia się czegoś nowego.

Na tę chwile „udało” mi się statystować w reklamie Head & Shoulders i Warka oraz filmie „Syn Królowej Śniegu”, gdzie widać moją rękę z tatuażem w 19 sekundzie i  mnie w 36 i 37 sekundzie (taki okrągły brodach w pomarańczowej bluzie).

W zasadzie nadzieje i marzenia o zostaniu aktorem porzuciłem, chociaż jak to mówią na catingach „nigdy nie wiadomo, co i kto się producentom spodoba”. Oczywiście jest to fajna zabawa, która wiele uczy o własnych ograniczeniach czy lękach. Sam dobrze wiem, że aktorem zostaje się kończąc szkołę aktorską, a nie samym zapisaniem się do „bazy zdjęć aktorów i statystów”, co nie zmiana faktu, że gdzieś na dnie serca tli się taka nadzieja.


Kariera – czyli, marzeń niespełnienie.

Cz. 1 . Muzyka

Któż nie marzy o karierze aktorskiej lub muzycznej? Chyba każdy, albo przynajmniej znacząca większość. Podziwiam osoby, które potrafią sobie w młodym wieku odpowiedzieć na pytanie, co chcą robić i potem robią wszystko, aby dążyć do wymarzonego celu. Naprawdę szczerze ich podziwiam.

Jednak jak sami wiecie, nie zawsze łatwo jest odpowiedzieć sobie na takie pytanie, tym bardziej w młodym wieku. Nie łatwo, tym bardziej, że trudno o kogoś kto pomoże postawić Ci te pierwsze kroki, przytrzyma za rękę będąc wsparciem gdy pojawią się pierwsze zwątpienia i trudności, oraz pomoże lub doradzi, które z drzwi otworzyć i jaki kierunek wybrać, aby w tym wszystkim nie zatracić samego siebie.

Pierwsze kroki stawiałem w …kościele. Tam też ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich, leżałem w ławce obok mojej bezradnej kochanej mamy i drąc się wniebogłosy (sic!), zaintonowałem ówczesny przebój Skaldów „Medytacje wiejskiego listonosza” z jego refrenem „Ludzie zejdźcie z drogi bo listonosz jedzie”.

Potem była podstawówka i różnego rodzaju wykony na uroczystościach szkolnych czy „zuchowskich”. Jednak nie kierowała mną jakaś szczególna miłość do muzyki czy chęć do rozwoju i uczenia się czegoś nowego, po prostu śpiewałem na tyle dobrze, że „powoływano” mnie do różnego rodzaju wykonów. Więc jak kazali – a wiązało się to z próbami podczas lekcji, czyli de facto dla mnie wolną lekcją – to śpiewałem co swoje i cieszyłem się labą. Wyjątek – jak się okazało później, wytyczający kierunek moich muzycznych facynacji – miała jedna z „dyskotek” organizowanych w harcówce, prowadzący kolega (Kazik), postanowił przeprowadzić ją pod znakiem KSU. Było pogo, był śpiew, była energia. Wtedy po raz pierwszy – choć tylko na ten moment – poczułem, że coś uwalnia się z mojego serca, coś w tej muzyce powoduje, że serce szybciej mi bije…

Przełom nastąpił Następnie dzięki jednej kasecie, która wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo nagranie z Opolskiej Krajowej Sceny Młodzieżowej.

Na fali tej fascynacji, próbowałem swoich sił w kilku miejscowych projektach muzycznych. Zawsze było w nich dużo serca i zaangażowania, zawsze sprawiały tyle samo radości. Jednak efektów w postaci tras koncertowych nie było, tym bardziej, że nigdy nie zdecydowaliśmy się nagrać naszych wykonań i wysłać komuś do posłuchania. Wtedy też po raz pierwszy odwiedziłem festiwal w Jarocinie, zobaczyłem inny świat, ludzi otwartych, uśmiechniętych po prostu innych. Uznałem jednak, że nie mam takiego zacięcia do realizowania się w tym kierunku i porzuciłem swoje muzyczne marzenia, tym bardziej że swój muzyczny świat dzieliłem z grą w piłkę nożną (o czym będzie w późniejszym czasie). Swoje wokalne umiejętności rozwijam już dziś tylko w tłumie na koncertach i śpiewając czy nucąc moim dzieciom kołysanki.

Z tamtych fascynacji i muzycznych zabaw, ukształtował się #zwariatatata takiego jak go znacie lub takiego jakiego poznajecie. To one doprowadziły mnie niełatwą drogą do miejsca, w którym jestem obecnie. To one sprawiły, że poznałem kobietę mojego życia i spełnienie marzeń i to one pozwalają nam w miarę normalnie przechodzić przez niełatwy czas rodzicielstwa, chorób dzieci i frustracji.

Ze wszystkich tych przeżyć, zrodziły się myśli, którymi chce się z Wami podzielić. Aby starać się być oparciem dla projektów naszych dzieci, pozwalać im rozwijać to co w nich najpiękniejsze i co sprawia im radość, a nie zmuszać je do realizacji swoich niespełnionych marzeń. Nieustająco je dopingować do pracy, aby pomóc im spełniać ICH marzenia, choćby te najdrobniejsze.

I cieszyć się…własnymi wspomnieniami.

Prosty chłopak