Kariera – czyli, marzeń niespełnienie.

Cz. 1 . Muzyka

Któż nie marzy o karierze aktorskiej lub muzycznej? Chyba każdy, albo przynajmniej znacząca większość. Podziwiam osoby, które potrafią sobie w młodym wieku odpowiedzieć na pytanie, co chcą robić i potem robią wszystko, aby dążyć do wymarzonego celu. Naprawdę szczerze ich podziwiam.

Jednak jak sami wiecie, nie zawsze łatwo jest odpowiedzieć sobie na takie pytanie, tym bardziej w młodym wieku. Nie łatwo, tym bardziej, że trudno o kogoś kto pomoże postawić Ci te pierwsze kroki, przytrzyma za rękę będąc wsparciem gdy pojawią się pierwsze zwątpienia i trudności, oraz pomoże lub doradzi, które z drzwi otworzyć i jaki kierunek wybrać, aby w tym wszystkim nie zatracić samego siebie.

Pierwsze kroki stawiałem w …kościele. Tam też ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich, leżałem w ławce obok mojej bezradnej kochanej mamy i drąc się wniebogłosy (sic!), zaintonowałem ówczesny przebój Skaldów „Medytacje wiejskiego listonosza” z jego refrenem „Ludzie zejdźcie z drogi bo listonosz jedzie”.

Potem była podstawówka i różnego rodzaju wykony na uroczystościach szkolnych czy „zuchowskich”. Jednak nie kierowała mną jakaś szczególna miłość do muzyki czy chęć do rozwoju i uczenia się czegoś nowego, po prostu śpiewałem na tyle dobrze, że „powoływano” mnie do różnego rodzaju wykonów. Więc jak kazali – a wiązało się to z próbami podczas lekcji, czyli de facto dla mnie wolną lekcją – to śpiewałem co swoje i cieszyłem się labą. Wyjątek – jak się okazało później, wytyczający kierunek moich muzycznych facynacji – miała jedna z „dyskotek” organizowanych w harcówce, prowadzący kolega (Kazik), postanowił przeprowadzić ją pod znakiem KSU. Było pogo, był śpiew, była energia. Wtedy po raz pierwszy – choć tylko na ten moment – poczułem, że coś uwalnia się z mojego serca, coś w tej muzyce powoduje, że serce szybciej mi bije…

Przełom nastąpił Następnie dzięki jednej kasecie, która wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo nagranie z Opolskiej Krajowej Sceny Młodzieżowej.

Na fali tej fascynacji, próbowałem swoich sił w kilku miejscowych projektach muzycznych. Zawsze było w nich dużo serca i zaangażowania, zawsze sprawiały tyle samo radości. Jednak efektów w postaci tras koncertowych nie było, tym bardziej, że nigdy nie zdecydowaliśmy się nagrać naszych wykonań i wysłać komuś do posłuchania. Wtedy też po raz pierwszy odwiedziłem festiwal w Jarocinie, zobaczyłem inny świat, ludzi otwartych, uśmiechniętych po prostu innych. Uznałem jednak, że nie mam takiego zacięcia do realizowania się w tym kierunku i porzuciłem swoje muzyczne marzenia, tym bardziej że swój muzyczny świat dzieliłem z grą w piłkę nożną (o czym będzie w późniejszym czasie). Swoje wokalne umiejętności rozwijam już dziś tylko w tłumie na koncertach i śpiewając czy nucąc moim dzieciom kołysanki.

Z tamtych fascynacji i muzycznych zabaw, ukształtował się #zwariatatata takiego jak go znacie lub takiego jakiego poznajecie. To one doprowadziły mnie niełatwą drogą do miejsca, w którym jestem obecnie. To one sprawiły, że poznałem kobietę mojego życia i spełnienie marzeń i to one pozwalają nam w miarę normalnie przechodzić przez niełatwy czas rodzicielstwa, chorób dzieci i frustracji.

Ze wszystkich tych przeżyć, zrodziły się myśli, którymi chce się z Wami podzielić. Aby starać się być oparciem dla projektów naszych dzieci, pozwalać im rozwijać to co w nich najpiękniejsze i co sprawia im radość, a nie zmuszać je do realizacji swoich niespełnionych marzeń. Nieustająco je dopingować do pracy, aby pomóc im spełniać ICH marzenia, choćby te najdrobniejsze.

I cieszyć się…własnymi wspomnieniami.

Prosty chłopak


WOŚP – czyli, jest Wam za co dziękować.

To jeden z tekstów, który ukazał się na Facebook przeddzień kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zanim powstała strona zwariatatata.pl, co nie zmienia faktu, że jest on aktualny „do końca świata i jeden dzień dłużej”, bo przecież Orkiestra gra w naszych sercach codziennie.

Jestem z WOŚP od początku. Od pierwszej edycji, którą w 1993 roku współorganizowałem w moim rodzinnym Opolu Lubelskim. Wtedy mówiło się częściej o Towarzystwie Przyjaciół Chińskich Ręczników i Letniej Zadymie w Środku Zimy, a samo WOŚP dopiero raczkowało w naszych głowach, ale jak widać zapisało się na zawsze.

WOŚP był dla mnie zabawą, zbiórką pieniędzy dla „kogoś” potrzebującego, okazją do posłuchania na żywo dobrej muzyki. Organizowałem, kwestowałem, prowadziłem aukcje (tak jak w roku 2012 przed Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu). Wreszcie dorzucałem do puchy. I tak było do czasu, gdy moja rodzina nie stała się beneficjentem Orkiestry.

Franz, najmłodszy, brat swojej starszej SuperSiostry i starszego brata Jaha fana Ninjago, zaraz po urodzeniu miał badany słuch. Coś poszło nie tak, więc po kilku tygodniach wysłano nas na badanie słuchu do szpitala. To naprawę trudny czas, gdy jesteś tak samo bezradny, jak ten słodko śpiący w nosidełku chłopiec. Naszemu Maluszkowi zbadano wtedy słuch super sprzętem zakupionym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Ten sprzęt został kupiony między innymi z daru Waszego serca, za co bardzo serdecznie dziękuję każdemu z Was.

Jutro i ja będę po raz kolejny wspierał „kogoś” i zrobię to z mBank Polska, który podwaja każdą pierwszą wpłatę 10, 20, 30 itd. Wiem, że to reklama komercyjnego banku, ale nie musieli tego robić.

Jeszcze raz pięknie Wam dziękuję!

PS. Dziękuję także tym moim znajomym, którzy są przeciwnikami Orkiestry, ale którzy nie przeszkadzają, nie hejtują.