WOŚP – czyli, jest Wam za co dziękować.

To jeden z tekstów, który ukazał się na Facebook przeddzień kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zanim powstała strona zwariatatata.pl, co nie zmienia faktu, że jest on aktualny „do końca świata i jeden dzień dłużej”, bo przecież Orkiestra gra w naszych sercach codziennie.

Jestem z WOŚP od początku. Od pierwszej edycji, którą w 1993 roku współorganizowałem w moim rodzinnym Opolu Lubelskim. Wtedy mówiło się częściej o Towarzystwie Przyjaciół Chińskich Ręczników i Letniej Zadymie w Środku Zimy, a samo WOŚP dopiero raczkowało w naszych głowach, ale jak widać zapisało się na zawsze.

WOŚP był dla mnie zabawą, zbiórką pieniędzy dla „kogoś” potrzebującego, okazją do posłuchania na żywo dobrej muzyki. Organizowałem, kwestowałem, prowadziłem aukcje (tak jak w roku 2012 przed Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu). Wreszcie dorzucałem do puchy. I tak było do czasu, gdy moja rodzina nie stała się beneficjentem Orkiestry.

Franz, najmłodszy, brat swojej starszej SuperSiostry i starszego brata Jaha fana Ninjago, zaraz po urodzeniu miał badany słuch. Coś poszło nie tak, więc po kilku tygodniach wysłano nas na badanie słuchu do szpitala. To naprawę trudny czas, gdy jesteś tak samo bezradny, jak ten słodko śpiący w nosidełku chłopiec. Naszemu Maluszkowi zbadano wtedy słuch super sprzętem zakupionym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Ten sprzęt został kupiony między innymi z daru Waszego serca, za co bardzo serdecznie dziękuję każdemu z Was.

Jutro i ja będę po raz kolejny wspierał „kogoś” i zrobię to z mBank Polska, który podwaja każdą pierwszą wpłatę 10, 20, 30 itd. Wiem, że to reklama komercyjnego banku, ale nie musieli tego robić.

Jeszcze raz pięknie Wam dziękuję!

PS. Dziękuję także tym moim znajomym, którzy są przeciwnikami Orkiestry, ale którzy nie przeszkadzają, nie hejtują.


Postanowienia noworoczne, czyli siła i pompa

Postanowienia noworoczne, czyli siła i pompa

Do postanowień noworocznych należy podchodzić bardzo rozważnie. Tak, aby postanawiając coś, mieć świadomość choćby minimalnej szansy na sukces. Można oczywiście zaplanować rzeczy proste, wręcz banalne, ale można też zaplanować te zupełnie nierealne. I to moje postanowienie, powzięte w moim wieku, też takim się wydawało. Uważam, że realizując z zaangażowaniem postanowienia nierealne, nawet jeśli nie osiągniemy pełnego sukcesu, to i tak pozwolą nam osiągnąć efekty, z których będziemy tak zwyczajnie, po ludzku, dumni.

Moje postanowienie dotyczyło zrzucenia wagi z 96 kg do 74 kg. Wagę docelową wybrałem rozmyślnie – bo jak mawiają internetowi mędrcy od zdrowego stylu życia, człowiek powinien ważyć tyle, ile wynoszą ostatnie dwie cyfry jego wzrostu. Taką wersję przyjąłem i takiej wersji się trzymałem. Przyszło mi to tym łatwiej, że sznurowanie glanów zaczęło się wiązać z długotrwałym głodem tlenowym, ponieważ musiałem to robić na wdechu. Przy okazji oglądania zdjęć z moją Ukochaną #MatkąGoździą sprzed kilku lat i się… zawstydziłem.

Postanowiłem więc nie tylko zrzucić wagę, ale także na stałe zmienić wiele aspektów mojego życia i wspomóc w ten sposób mozolny i pełen wysiłku proces odchudzania. Z wiekiem zrzucanie wagi jest trudniejsze, ale satysfakcja – jeśli się uda – jest większa.

Niestety nie poradzę Wam złotych środków, czy choćby jednego. I nie będę się wymądrzał, co zrobić, aby w 12 miesięcy zrzucić blisko 20 kg.

NIESTETY!!!

Nie zszedłem do 74 kg, ale – do 76 z czego jestem dumny i z tego powodu Wam się tym chwalę. 😉

MINUSY

Niestety, ale decydując się na taką „zmianę” musicie pożegnać się w ulubioną garderobą …chyba, że jesteście fanami mody lat 80 i 90 tych, i nie przeszkadzają Wam zbyt duże rozmiary Waszych ubrań 😉

A tymczasem idę budować masę w celu poprawienia rzeźby.


Witaj, świecie! Wpis Pierwszy! Boks, czyli kto by się spodziewał.

BOKS

Na wstępie musicie wiedzieć jedno, otóż ja nie lubię boksu. Nie oglądam i nie oglądałem (lub na odwrót). Prawie tak samo jaki piłki nożnej, którą trenowałem lat 25. W ogóle to nie lubię się bić! Nigdy się w zasadzie nie biłem (oprócz incydentów) i podsumowałbym dotychczasową „przygodę z boksem” tym, że byłem bity.

Byłem bity przez kolegów z równoległej klasy, przez kolegów z drużyny piłkarskiej (w zasadzie jednego, ale to były solidne „lania”) i kogo tam popadło. Nie to, że jakoś często. Workiem do bicia nie byłem, ponieważ jak na worek zbyt szybko biegałem (stąd moja ksywa szkolna Speedy). Po prostu jakoś tak wyszło, że przypadek zrządził, że los tak chciał.

Przypadkowi i losowi, zapewne pomogło to, iż byłem pyskatym i złośliwym niziołkiem, co zapewne było główną przyczyną moich niezaplanowanych treningów sprinterskich.

ALE NADSZEDŁ TEN DZIEŃ!

Małżonka moja zakupiła mi kartę na treningi boksu z okazji 43 lat na tym ziemskim padole, co by się człeczyna poruszał i …

I tak już drugi miesiąc. Fryzjer Tomasz (nie Adamek), do którego chodzę, pochwalił się swoja nową pasją jaką jest boks, ja z kolei  o tym opowiedziałem żonie i … dwa razy z tygodniu chodzę na treningi. Wracam bogatszy o doświadczenia i kilka otarć, które najczęściej „funduje” mi przemiły i mega uśmiechnięty koleżka 190 cm i 116 kg o imieniu Dominik. Musze radzić sobie z tym, że jestem jednym z niewielu początkujących, z wypadającymi szkłami kontaktowymi i z ograniczonym zasięgiem ramion, co sprawia że zanim przeciwnik znajdzie się w zasięgu moich rakiet, ja już zostaję kilkukrotnie dotkliwie ugodzony 2-3 prostymi. Ale te „problemy” tylko determinują moją chęć do uczenia się, uważnego słuchania trenera i samokształcenia w domu.

Są także bardziej wyrównane pojedynki, które toczę podczas ćwiczenia „walka z cieniem” lub podczas treningowych sparingów zwanych „zabawkami” z przedstawicielkami płci pięknej, ale jedne i drugie chluby nie przynoszą, więc dodam tylko, że nie są one dla mnie okazją do odreagowania i nauki…nawet od rzeczonego „cienia”.

I tak jest dobrze, i tak jest lepiej. I sparafrazuję mecenasa moich zadrapań „zawsze na mieście może się trafić jakiś gruby i łysy”…